Wywiady

wtorek 22 grudnia 2009 07:26:48

"Mam nadzieję, że się nie utopimy""Mam nadzieję, że się nie utopimy"

Od zeszłego tygodnia Miejski Dom Kultury ma nowego dyrektora. Kim jest Katarzyna Mateja, która wygrała konkurs? W jakim kierunku poprowadzi bocheńską kulturę? Czy poradzi sobie w trudnej, "poburzowej" sytuacji w placówce? Te i inne pytania zadają sobie nie tylko pracownicy MDK, ale też wielu z nas, zwykłych zjadaczy chleba. Postanowiliśmy z tymi pytaniami zwrócić się bezpośrednio do Katarzyny Matei.

Czas Bocheński – Jest pani osobą zupełnie nową na naszym terenie. Proszę opowiedzieć coś o sobie.

Katarzyna Mateja – Skończyłam Akademię Muzyczną w 1995 roku. Jestem absolwentką Wydziału Instrumentalnego, specjalności - skrzypce. W 1996 roku rozpoczęłam swoją pracę w szkole muzycznej I stopnia przy Ośrodku dla Dzieci Niewidomych i Słabowidzących przy ulicy Tynieckiej w Krakowie. Jestem w tej chwili nauczycielem mianowanym z uprawnieniami do pracy z takimi dziećmi, czyli tyflopedagogiem. Równocześnie prowadziłam też swoją działalność artystyczną. Założyliśmy z mężem Krakowski Zespół Kameralny, który przez ten szereg lat koncertował i w kraju i za granicą. Byłam organizatorem lub współorganizatorem różnych projektów, związanych z tym zespołem. Zdawałam również egzaminy do Filharmonii Krakowskiej. Bardzo czynnie brałam udział w Radiowej Orkiestrze Symfonicznej. Generalnie skupiłam się na działalności pedagogicznej.

CzB – Skąd pani pochodzi?

KM – Ja jestem krakowianką – jeśli chodzi o wykształcenie. Mama studiowała w Łodzi, tata jest profesorem Akademii Muzycznej w Krakowie, był dziekanem, kierownikiem katedry, z tym, że jego specjalność to chóralistyka... Ale tak naprawdę z pochodzenia jestem jaślanką, bo urodziłam się w Jaśle. Natomiast rodzice szczeble swojej kariery zawodowej związali z Krakowem.

CzB – Jest pani mężatka, mąż również dyrektoruje w Domu Kultury w Wieliczce. Czy macie państwo dzieci?

KM – Jestem mężatką od 91 roku, mam dwóch synów, 15 i 16 lat. Mateusz jest w Nowodworku, w klasie matematyczno–informatycznej. Mikołaj kończy gimnazjum i też ma zacięcie do przedmiotów ścisłych. Obydwaj chodzą równolegle do szkoły muzycznej, ale nie na skrzypce, a na fortepian. Uważam, że jest to instrument uniwersalny, nie zamykający drogi chłopcom. Obydwaj mają zacięcie w tym kierunku, natomiast Mateusz ma zamiłowanie i już odnosi jakieś tam pierwsze sukcesy. No, ale kim będzie? To już życie pokaże. Oboje z mężem marzymy, aby połączył w całość obydwa swoje uzdolnienia – do matematyki i do muzyki. Może kompozycja albo dyrygentura? Obydwaj mają zacięcie improwizacyjne - po tacie - i różne warianty są brane pod uwagę. Mamy ciekawie w domu, w każdym razie.

CzB - Co panią skłoniło, aby kandydować na dyrektora Domu Kultury w takim niewielkim mieście jak nasze?

KM – Już mi zadano to pytanie wcześniej. Powiem tak – sama pochodzę z takiego małego miasta i znam problematykę tych miast. Moja działalność koncertowa np. była związana z małymi miastami. Bardzo często, cyklicznie występujemy przed publicznością w Tarnobrzegu, w Stalowej Woli, teraz byliśmy w Żarnowcu nad morzem. Wszędzie tam, gdzie odbywają się cykliczne festiwale. W związku z tym te mniejsze miejscowości mają dla mnie bardzo wiele uroku, bardzo wiele się w nich dzieje. One są oczywiście przytłoczone wielkimi aglomeracjami i ciężko jest im konkurować. Tak jak mówiłam na konkursie – przede wszystkim chciałabym, aby MDK w Bochni zapisał się na mapie Polski jakimś wydarzeniem. Oczywiście zawsze będę bliska projektom muzycznym – to jest nieuniknione. Na tym polu czuję się dobrze, mam swoje kontakty – prywatne i zawodowe. Ale nie zamykam się tylko w kręgu muzyki. Wiem np. że Bochnia słynie z piłki ręcznej, z siatkówki. Jeśli tak jest, to trzeba to wspomagać, dlatego że oni mogą stać się chlubą naszego miasta. Siła tych mniejszych miejscowości i domów kultury jest w tym, żeby te perełki znaleźć i wspierać. Rozmawiałam wstępnie ze swoimi instruktorami. Będę rozmawiać z „Bochnianami”, byłam już na spotkaniu opłatkowym z chórem „Złota Jesień”, Klubem Seniora... Wyczułam u nich takie oczekiwanie: co będzie teraz, jeśli pani Mateja obejmie stanowisko dyrektora MDK, co się z nami stanie? Uspokajałam ich. Mamy przecież wpisaną w statut podstawową działalność: upowszechnianie folkloru i kultury z tego regionu... To jest moje zadanie i będę ostatnią osobą, która miałaby zniszczyć coś albo z czegoś zrezygnować, bo wiem, że latami buduje się tradycję. Natomiast moim zadaniem, jako osoby kierującej MDK, będzie znalezieni sposobu na zdobycie pieniędzy na ich działalnośc, co nie jest łatwe w dzisiejszych czasach.

CzB – A jak pani wyobraża sobie zagospodarowanie hali widowiskowo-sportowej, bo to przecież też będzie należało do pani obowiązków?

KM – Właśnie wczoraj podczas wigilii na Rynku umawiałam się z panem burmistrzem, że musimy przede wszystkim zrobić wizję lokalną. Chciałabym zobaczyć tę halę od środka, jakie ma możliwości, co możemy tam organizować. Na ile ona jest osób, z jakich materiałów jest zrobiona, jakie ma zaplecze. Tak więc na to pytanie pani dziś konkretnie nie odpowiem. Myślę jednak, że hala będzie związana z wydarzeniami sportowymi, bo do tego jest stworzona, jak i również z wydarzeniami kulturalnymi. Na pewno trochę sportu ale też trochę widowiska. Będę chciała do Bochni sprowadzać najbardziej znane kabarety, orkiestry. Marzę o tym, żebyście państwo nie musieli wyjeżdżać do Krakowa czy Rzeszowa np. do Opery Kameralnej, tylko żeby Opera przyjechała do was. Teraz już będzie to zaplecze. Z tego co wiem, to do tej pory mieliśmy tylko do użytku oratorium i kościół... Ale w kościele są ograniczone możliwości, choćby repertuarowe, bo przecież nie można wystawić opery czy ściągnąć tam kabaretu. Tak, że myślę, że co do hali to będziemy musieli zrobić nie tylko biznesplan ale też plan artystyczny. Jestem wstępnie umówiona z panią Bajdą z MOSiR-u, która już chce robić tam zawody.

Trzeba by się zastanowić nad imprezą flagową. Wiem, że są Dni Bochni i jest to stricte święto miasta. Mówiłam swoim pracownikom, że patrząc z innej perspektywy niż bocheńska to MDK robi bardzo dużo dla mieszkańców, dzieję się tutaj naprawdę bardzo wiele. Oczywiście my je zaraz zweryfikujemy, będziemy się starali je unowocześniać. Natomiast brakuje mi trochę takich spektakularnych wydarzeń. Marzy mi się, żeby tutaj powstał jakiś festiwal, niekoniecznie muzyczny, ale może – filmowy? Mamy już kino cyfrowe, już jesteśmy po przetargu więc tutaj możliwości się otwierają. Mamy olbrzymie nadzieje tylko chodzi o to, żeby te nadzieje przełożyć na praktykę i wtedy byłoby cudownie. Zobaczymy jak to będzie... Jestem optymistką i uważam, że nie ma rzeczy nie do zrobienia. Zresztą, jest to wpisane w mój zawód. Byliśmy tak na Akademii Muzycznej kształceni, że bardzo szybko adaptujemy się do nowych warunków. Myślę, że nie będzie łatwo, że stąpamy po lodzie, ale mam nadzieję, że się nie utopimy.

CzB – Jak by pani określiła swoją koncepcję prowadzenia Domu Kultury: kontynuacja czy rewolucja?

KM - Na pewno ewolucyjnie będę podchodzić do wszystkich działań związanych z działalnością statutową. Zresztą, przechodzimy w tej chwili zmianę struktury organizacyjnej, zaopiniowaną przez Radę Miasta i powstają teraz dwa główne piony. Pierwszy to pion animacji i pod nim będą wszystkie zespoły i wszyscy instruktorzy i właśnie ta działalność statutowa. I tu będę podchodzić ewolucyjnie. To znaczy – zweryfikowanie wszystkich działań, określenie gdzie są mocne punkty, a gdzie słabe i wzmacnianie tych instruktorów. Jesteśmy już po rozmowach, są nowe koncepcje, może wprowadzimy jogę dla mieszkańców?... Natomiast myślę, że ten dział sztuki profesjonalnej powiązanej z marketingiem, w nim będzie kino, Kronika Bocheńska... Tutaj byśmy podeszli trochę rewolucyjnie. Nie będziemy się odcinać od tego, co było przedtem, natomiast będziemy działać  z większą parą, z większym naciskiem. Ten dział będzie odpowiedzialny za finanse. Musimy bowiem pamiętać, że działalność statutowa jest niezmiernie ważna, ale powiedzmy sobie szczerze – niedochodowa. Natomiast ten drugi dział będzie musiał planować wydarzenia spektakularne jak i też szukać sponsorów, którzy nas wspomogą, bo bez tego się po prostu nie utrzymamy.

CzB
– To niezwykle trudny problem: połączenie sztuki wysokiej z dochodowością...

KM – No tak, czasem ktoś przychodzi i mówi, że dana sekcja nie przynosi zysku, wychodzimy na zero albo na minus. Ale jestem ostatnią osobą, która mogłaby powiedzieć: zamykamy tą sekcję. Nie! Trzeba założyć, że do pewnych rzeczy będziemy dokładać. Bo taka sekcja przynosi nam dochód jak gdyby w inny sposób. Ja się cieszę, że nie muszę patrzeć tylko na te słupki arytmetyczne tylko mam szersze spojrzenie. Bo dana sekcja może przynosić splendor. Bo jeśli mistrz szachowy przywiezie puchar to to będzie splendor nie tylko dla mnie, ale i dla miasta! A co za tym idzie to będzie machina, która będzie rozkręcała zainteresowanie i później sponsorzy znajdą się sami. Tylko musimy dać wędkę tym ludziom, żeby mogli łowić ryby.

Wszyscy wiedzą o tym, że w Oliwie są organy, w Gdyni festiwal filmowy. Marzy mi się, aby Bochnia też była wiązana z jakimś wydarzeniem. Dla mnie najbliższa jest muzyka, ale jestem otwarta. To mogą być mistrzostwa w piłce ręcznej, to mogą być zawody szachowe... Natomiast chciałabym doprowadzić do tego, że mieszkańcy miasta będą dumni z tego, że u nich dzieje się coś wyjątkowego.

CzB
– Zdaje sobie pani sprawę, że tutaj w MDK rozegrał się konflikt pomiędzy poprzednią dyrektorką a pracownikami. Jak pani się z tym czuje? Czy nie boi się pani konfliktowości środowiska?

KM – W każdym środowisku są to trudne tematy i nie ma chyba idealnych środowisk, w których wszyscy są zaprzyjaźnieni i zadowoleni z tego, co mają. Moja rola jest podwójnie trudna i podwójnie łatwa. Dlaczego? Bo ci ludzie tutaj dużo przeszli. W ogóle nie wchodzę w ten konflikt i nie jestem stroną. Przyszłam post factum. Wiem, że toczą się sprawy sądowe, ale jak gdyby poza mną. Natomiast walka zawsze powoduje po pewnym czasie zmęczenie. I widzę, że ci ludzie przyjęli mnie z ogromnymi nadziejami. Myślę, że zawdzięczam to burmistrzowi, który przez pół roku zarządzał tą placówką, że ci ludzie wiedzą, że teraz trzeba tylko budować. Bo można wojować, ale to doprowadza do zniszczenia obydwu stron. Myślę, że oni są już po przejściu takiego etapu, że widzą, że teraz każdy kolejny konflikt będzie po prostu wyniszczający dla tej instytucji i doprowadzi do tego, że po prostu przestanie istnieć. Jesteśmy w tej chwili na etapie przydziału zakresów czynności i obowiązków i jest dla mnie bardzo budujące, że każdy z pracowników, który do mnie przychodzi, potrafi wyciągnąć rękę. Powiedziałam wszystkim pracownikom, że rolą dyrektora jest znaleźć w każdym pracowniku coś dobrego. Bo każdy z nas ma swoje gorsze strony i pozytywy. I moja rola będzie polegała na wyciagnięciu tego dobrego, co będzie działało na sukces tej instytucji. To będzie ich sukces. A jeśli oni go stworzą, to będzie również sukces mój. Oni tutaj są wszyscy bardzo ambitni i chcą się dokształcać. Namawiam ich do tego...

CzB – Jest pani w tej dobrej sytuacji, że jest pani osobą z zewnątrz, a nie np. jedną z nich...

KM – Tak. Ja ich nie znam, każdego z osobna i oni mnie nie znają. I to jest mój olbrzymi atut. Jak powiedziałam, mamy carte blanche od momentu, kiedy się spotkaliśmy i budujemy relacje od początku. Myślę, że pomaga mi też dużo moje doświadczenie ze szkoły. Pracowałam w Ośrodku, gdzie nas było 360. I też animozje były i trzeba było pogodzić rozbieżne interesy. Wydaje mi się, że to doświadczenie w kontaktach z ludźmi bardzo mi pomaga.

Mówiłam też pracownikom, że trzeba też mieć własny osąd swojej pracy, bo przychodzą i mówią, że tyle lat pracują i nikt tego nie zauważa. Trzeba sobie wyznaczyć pewna kreskę: powyżej tej kreski to jest mój sukces i trzeba się nim chwalić i wzmacniać a poniżej – jest porażka, z której trzeba wyciągnąć wnioski i nie popełniać drugi raz błędów. Dyrektor takiej placówki musi mieć rozeznanie, co jest tą klęską, a co jest sukcesem. Brakuje nie raz takiego wzmocnienia, że to co robią, robią dobrze... uważam np. że strona internetowa jest na bardzo wysokim poziomie, którym może się poszczycić niewiele domów kultury.

CzB – Czyli ten pierwszy tydzień nie podciął pani skrzydeł?

KM – Nie! Wychodziłam z pracy bardzo zmęczona, ale to było twórcze zmęczenie. Tak jak się podchodzi do projektu muzycznego – zmęczenie próbami po to, żeby był ten efekt w postaci koncertu. Myślę, że tutaj jest tak samo. Teraz mam np. pełno papierkowej roboty i zajmuje mi to sporo czasu. W piątek byłam już "wrzucona na głęboką wodę", bo przeszłam pierwszą kontrolę, bardzo pozytywną zresztą. Tak, że muszę się z tym uporać. Weszłam już w wigilię, Orkiestrę Świątecznej Pomocy, potem – sylwester. To już były przygotowane imprezy, ja to tylko nadzoruję. Natomiast takim pierwszym egzaminem będzie dla mnie hala widowiskowa. Jej otwarcie nastąpi w pierwszym kwartale przyszłego roku… No i kino cyfrowe – to będzie rewolucja dla bochnian…

CzB – Jak pani pogodzi obowiązki dyrektora z ćwiczeniami na instrumencie?

KM – Muszę jakoś pogodzić. W piątek byłam na koncercie w Jastrzębiu-Zdroju, grałam kolędy przy akompaniamencie pianisty… Muszę sobie jakoś poradzić… Każdy instrumentalista musi ćwiczyć kilka godzin dziennie. Wzięłam sobie w tej chwili urlop w szkole, bo to już byłoby nie do pogodzenia. Natomiast życie artystyczne na pewno pójdzie gdzieś tam w odstawkę, bo to jest nieuniknione. Muszę iść na jakieś kompromisy, bo moim priorytetem będzie oczywiście praca w Bochni. Jestem takim zodiakalnym Bykiem – bardzo mnie motywują nowe zadania. Takie „zasiedzenie” nuży mnie i uspokaja, a nowe wyzwanie jest budujące! Myślę, że starczy mi sił.

CzB - A czy rodzina nie przeraża się pani nowymi obowiązkami?

KM – Nie. Myslę, że jestem spełniona macierzyńsko. W ciąży z jednym chłopcem grałam pierwszy dyplom, w ciąży z drugim – broniłam drugiego dyplomu. Pomagali nam rodzice i jakoś pogodziliśmy pracę zawodową z dziećmi i myślę, że i teraz się uda.

CzB – Mąż pani jest dyrektorem Domu Kultury w Wieliczce. Czy planujecie państwo współpracę?

KM – Tak, oczywiście. Mam wolną rękę ze strony burmistrza, żeby właśnie wzmacniać tę współpracę.

CzB – To są takie trochę konkurencyjne miasta…

KM – Trochę tak, ale wydaje się, że to będzie konkurencja w dobrym znaczeniu. Poza tym – będzie łatwiej ściągnąć jakiś naprawdę dobry zespół żeby zagrał w Wieliczce i później powtórzył ten koncert w Bochni. Myślę, że wyjdzie nam to na dobre. A druga pozytywna rzecz – zawsze mogę zadzwonić i poprosić o pomoc.

CzB – Dziękujemy za rozmowę.



rozmawiała: Elżbieta Bachmińska

Napisz swój komentarz:

Nick:

Komentarz:

Komentarze użytkowników

Czasbocheński nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy zamieszczanych przez użytkowników. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo, naruszajace dobra osób trzecich lub wypowiedzi prawem chronione mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną.

REKLAMA