Ostatnie takie miejsce w Bochni - artykuł przyrodniczy
Zobacz fotogalerię
Na północno-zachodnim przedpolu śródmieścia, w bezpośrednim sąsiedztwie największego bocheńskiego blokowiska – Osiedla Niepodległości, znajduje się kulminacja jednego z lessowych wzniesień Przedgórza Bocheńskiego. Najwyższy punkt rzeczonego bezimiennego wzgórza, wyniesiony 290 m.n.p.m., położony jest w sąsiedztwie rozrastającego się osiedla domów wielorodzinnych przy ul. gen. Mariana Turkowskiego. Na południe i wschód teren opada od niego ku obwodnicy północno-zachodniej i strefie zwartej zabudowy mieszkalnej. Natomiast skłon północno-zachodni, do dziś dnia niezabudowany, zniża się ku dolince Potoku Chodenickiego, za którym rozciągają się ogródki działkowe i domy samych Chodenic.
Rzeczony stok północno-zachodni, bohater niniejszego artykułu, posiada duże walory kulturowo-historyczne i krajobrazowe. Szczególne są jednak jego walory przyrodnicze. Ich suma czyni go ostatnim takim miejscem w Bochni.
Niewielka przestrzeń omawianego stoku, uszczuplana z jednej strony przez rozrastające się blokowisko przy ul. gen. Mariana Turkowskiego, a z drugiej ograniczona zabudowaniami ciągnącymi się wzdłuż Potoku Chodenickiego, cechuje się dużą bioróżnorodnością. Znaleźć tu można zarówno tradycyjny krajobraz rolniczy – pole orne, pastwisko i łąka kośna okolone zbiorowiskami okrajkowymi, powstałe z samosiewu zadrzewienia typu grądowego (właściwe dla tego siedliska) jak też skrawki muraw światło- i ciepłolubnych. Każde z tych trzech środowisk umożliwiło zachowanie się rzadkim roślinom. Regularny pokos prowadzony na łące pozwolił przetrwać pewnemu gatunkowi storczyka – kukułce szerokolistnej. Malutkie płaty muraw kserotermicznych porastane są przez drugi z gatunków objętych obecnie ochroną częściową (do roku 2014 była to ścisła ochrona gatunkowa) – goryczuszkę orzęsioną. Obie wyżej wymienione rzadkie rośliny zielne bledną jednak przy stanowisku kruszczyka sinego, znajdującego się w zadrzewieniu liściastym o składzie gatunkowym zbliżonym do grądu.
Jeszcze kilka lat temu Bochnia poszczycić się mogła trzema florystycznymi perłami – roślinami objętymi ścisłą ochroną gatunkową i zarazem figurującymi na ,,Czerwonej liście roślin i grzybów Polski” . Dwie te perły już utraciła – znikły na naszych oczach. Mowa o jednym jedynym stanowisku kruszczyka błotnego, które zniszczono bezpowrotnie wraz z całym uroczyskiem na Murowiance przy w niemal zupełnej bierności władz i mieszkańców. Stanowisk kosaćca syberyjskiego było na chodenickich i kolanowskich podmokłych łąkach kilka. Żadne z nich już nie istnieje. W większości przypadków zniszczone zostały przez postępującą zabudowę. Ostatnie z nich, położone na tyłach pomnika mjra ,,Bacy”, udało się jeszcze udokumentować i kilkukrotnie wspomnieć na łamach ,,Kroniki Bocheńskiej”.
Wobec utraty przez królewsko-górniczą Bochnię dwu wyżej wymienionych rzadkich i ściśle chronionych roślin bezsprzecznie najcenniejszym florystycznie fragmentem w obrębie administracyjnych granic miasta pozostaje niewielkie zadrzewienie typu grądowego, gdzie uchował się jeszcze kruszczyk siny. Poświęcono mu, a zwłaszcza zagrożeniu nań czychającym, krótki sygnalizacyjny artykuł, który ukazał się w październikowym wydaniu ,,Kroniki Bocheńskiej”. Zagrożenie to jest oczywiste i bardzo bliskie – postępujący rozrost osiedla ,,apartamentowców” przy ul. gen. M. Turkowskiego. Ściany bloków znajdują się już w odległości kilkudziesięciu metrów od kwitnących okazów kruszczyka. Jeżeli powstaną nowe budynki, jeżeli zabudowa spełznie w dół stoku, to florystyczną perłę Bochni czeka podzielenie losu kruszczyka błotnego z Murowianki – bezpowrotna zagłada.
Stanowisko kruszczyka sinego jest bez wątpienia najważniejszym z czynników stanowiących o unikatowości opisywanego skrawka terenu. Atoli nie jest składnikiem jedynym. Mam tu na myśli nie tylko, wyżej wspomniane, stanowiska roślin objętych częściową ochroną gatunkową. Gamę walorów dopełniają czynniki historyczno-kulturowe i krajobrazowe.
Niezadrzewiona i niezakrzaczona część rzeczonego stoku jest bodaj ostatnim w takiej bliskości śródmieścia skrawkiem tradycyjnego krajobrazu rolniczego. Wszystko to zasługa pewnego gospodarstwa położonego na zachodnim krańcu ul. Campi, którego najbardziej charakterystycznym znakiem jest pasąca się tuż przy ruchliwej obwodnicy północno-zachodniej krowa. Jeszcze kilka lat temu krowy był cztery, a uświadczyć można było również pojazd dziś już wręcz egzotyczny – wóz konny.
Ów skrawek terenu otwartego jest również ostatnim tak bliskim centrum miejscem, skąd rozpościera się widok na północy-zachód, na nadrabiańską równinę, na ciemną plamę Puszczy Niepołomickiej, a wreszcie na majaczące za Wisłą lessowe wzgórza Płaskowyżu Proszowickiego. Szczególnie urokliwe jest spędzanie nań letnich wieczorów – niski daleki widnokrąg umożliwia podziwianie najpóźniejszych zachodów Słońca, którym to seansom wyjątkowej oprawy nadają latające świetliki, szeleszczące strumieniówki i przechodzące po polu stadka saren. Nawet nieszczególnie wyczulony na piękno człowiek potrafi dostrzec i docenić czar tego miejsca. Pozwala ono wytchnąć po całym dniu spędzonym wśród betonu, zgiełku i sztucznego światła na wpatrywaniu się w wyświetlacz urządzenia elektronicznego, a znajduje się o pięć minut drogi od największego bocheńskiego blokowiska.
Ta swoista zielona strefa gdzie można się wyciszyć i odpocząć istnieje jeszcze zapewne tylko dzięki ciężkiej pracy rolnika – utrzymywaniu pola ornego i bydła – a na jego potrzeby pastwiska i łąki kośnej. Podobnież działalności rolniczej – regularnemu koszeniu, zawdzięcza swe przetrwanie stanowisko kukułki szerokolistnej – gatunku łąkowego, który nie wytrzymał by konkurencji z roślinnością krzewiastą i drzewiastą odradzającą się z samosiewu.
Co nastąpi po zaprzestaniu prowadzenia działalności rolniczej łatwo przewidzieć. Położony tuż przy obwodnicy północno-zachodniej, w sąsiedztwie ,,parku handlowego” za szybem Campi, bliski centrum i niedaleki od stacji PKP teren jest łakomym kąskiem dla deweloperów. A raczej niepodobna oczekiwać by imperatywem ich działań była chęć zachowania tego miejsca dla przyszłych pokoleń, a nie doraźny zysk.
A kres orki, wypasu i kośby, przez które ten urokliwy zakątek jeszcze istnieje, może być bardzo bliski. Gospodarzy, dzięki których trudowi ostatnie takie miejsce na przedpolu śródmieścia Bochni jeszcze istnieje, należy podziwiać, że wciąż im się chce oddawać uciążliwemu, zapewne niezbyt już zyskownemu, a przez ,,młodych wykształconych z wielkich miast” pogardzanemu, zajęciu. Ci ludzie mają już jednak swoje lata. Co będzie gdy zbraknie im sił? Czy sielski widok krowy, kwiecista łąka z kukułką szerokolistną i upojne letnie wieczory z widokiem na zachodzące Słońce ustąpią kolejnemu ,,prestiżowemu osiedlu apartamentowców”?
Przyszłość ostatniego takiego miejsca w Bochni jawi się jako bardzo niepewna. Bloki powstają w zasadzie bezpośrednio przy jego florystycznej perle – stanowisku kruszczyka sinego, a obawy o przyszłość skrawka tradycyjnego krajobrazu rolniczego są jak najbardziej uzasadnione. Miejsce to samo się nie uchowa. Konieczne jest podjęcie działań w celu jego ochrony, działań niezwłocznych. Czas działa na niekorzyść. Bierność to nic innego jak oczekiwanie na egzekucję. Nie można czekać, aż w teren wjadą koparki i spychacze. Wtedy będzie już za późno. Działać trzeba już teraz, niezwłocznie, natychmiast. Stworzyć jak najszerszą obywatelską koalicję na rzecz ochrony tego miejsca, wywierać presję na władze miasta, na radnych, zabiegać o poparcie osób znanych i wpływowych, nagłaśniać sprawę w mediach. Wtedy jest szansa, że się uda. Do aktywnych działań – w dobrze pojętym własnym interesie – gorąco zachęcam szczególnie tych, którzy w jakiś sposób korzystają z walorów tego miejsca – mieszkających w pobliżu, spacerowiczów, działkowiczów. Chyba nie chcecie utracić miejsca, gdzie wśród zieleni przechadzacie się sami, z Waszymi dziećmi, z psem. Chyba nie chcecie, utracić widoku wielokolorowego kwiecistego runa wiosną i ożywczego cienia w upalny letni dzień? Chyba nie chcecie, aby widok z okna przesłoniły Wam ściany wybudowanych tuż za Waszymi domami nowych budynków? Chyba nie chcecie, aby z Waszych ogródków działkowych zamiast ściany zieleni rozpościerał się ,,malowniczy” obraz nowych blokowisk? Jeżeli tego wszystkiego nie chcecie, musicie wziąć sprawy w swoje ręce. Musicie działać i to działać natychmiast!
Bo wcale nie jest tak, że nic od nas nie zależy. Niedawne wydarzenia w pobliskim Krakowie (odwołanie prezydenta miasta) dobitnie pokazały, że dobrze zorganizowane, zespolone wokół wspólnego celu społeczeństwo może bardzo wiele. Nie mamy najmniejszych wątpliwości, że ochrona tego cudownego miejsca jest zadaniem realnym i wykonalnym.
Pytanie tylko czy znajdzie się ku temu wola polityczna i czy obywatelom królewsko-górniczego miasta będzie zależało na zachowaniu tego kawałka terenu dla przyszłych pokoleń.
Wycinek rzeczonego stoku, obejmujący zadrzewienie typu grądowego ze stanowiskiem kruszczyka sinego, skrawki murawy kserotermicznej porastane przez goryczuszkę orzęsioną tudzież płat tradycyjnego krajobrazu rolniczego umożliwiający trwanie kukułce szerokolistnej, spokojnie spełnia kryteria do objęcia ochroną w formie użytku ekologicznego.
Bochnia nie ma ani jednego użytku ekologicznego. Nie jest to z pewnością powód do chluby, zważywszy, że mogłaby mieć gdyby tylko chciała.
Jako roboczą nazwę dlań można by zaproponować Campi-Trinitatis, komponującą się z salinarnym obliczem naszego miasta – nie tylko przez wzgląd na umiejscowienie pomiędzy do dziś istniejącymi szybami Campi i Trinitatis. Stok opadający od bezimiennego wzniesienia ku Potokowi Chodenickiemu związany jest bowiem bezpośrednio z salinarną przeszłością Bochni. W II połowie XVIII wieku zaistniały na nim dwa najbardziej wysunięte na zachód szyby ,,nowych gór” – Franciszek i (umiejscowiony gdzie indziej niż obecnie) Trinitatis.
Dominik Zwierniak, Zbigniew Chełmecki