Kategoria: Bochnia - wydarzenia
Opublikowano: 2026-07-05 11:55:25 przez Czas2012

Dominik Zwierniak - Jak zmieniła się bocheńska przyroda

Pierwsze ćwierćwiecze XXI stulecia mamy już za sobą. Jest okazja nie tylko do zwyczajowej chwili zadumy nad (za)szybko uciekającym czasem, ale także do czynienia różnego rodzaju analiz i podsumowań. Także na lokalnym, bocheńskim gruncie. Co się u nas zmieniło i czy są to zmiany na lepsze, czy na gorsze. Tematem dzisiejszej rozmowy będą zmiany, jakich doświadczyła przyroda miasta Bochni. Próby ich przedstawienia podejmie się bocheński przyrodnik-amator, znany już naszym czytelnikom z innych publikacji – Pan Dominik Zwierniak.

Zjawił się Pan u nas by opowiedzieć o tym jak zubożała bocheńska przyroda przez pierwsze 25 lat XXI wieku. Co Pana do tego skłoniło i dlaczego uważa Pan, że zmiany przyrodnicze w naszym mieście przedstawiają się niekorzystnie?
Z zamiarem udzielenia takiego wywiadu nosiłem się już od dłuższego czasu. Jak to jednak często bywa, gdy człowiek nie wyznacza sobie dokładnych dat na poszczególne rzeczy, nie utrzymuje należytej dyscypliny czasowej, odkłada wszystko na bliżej nieokreśloną przyszłość to ambitne zamysły spełzają na niczym – myślę, że wielu Czytelników zna to o czym piszę z własnego, zabieganego życia. Impulsem by się sprężyć był artykuł ,,Jak planiści i władze miasta chcą zdewastować Kurów” (czytaj TUTAJ), autorstwa Krzysztofa Stompóra, który zamieścił Pan przed kilkoma dniami na stronie głównej ,,Czasbochenski.pl”. Po jego przeczytaniu poczułem się zobowiązany powiedzieć parę słów o tym jak niszczona jest w ostatnich latach bocheńska przyroda.

By uzmysłowić sobie jakiemu zubożeniu podlega wystarczy przyjrzeć się losom stanowisk z roślin objętych ścisłą ochroną gatunkową i figurujących na ,,Czerwonej liście roślin i grzybów Polski”.

O jakich gatunkach Pan mówi?
Są to trzy rośliny zielne: kosaciec syberyjski, kruszczyk błotny i kruszczyk siny. Dwa pierwsze z nich w administracyjnych granicach Bochni uznać należy za wymarłe (wszystkie znane mi stanowiska zostały zniszczone), zaś przyszłość jedynego stanowiska kruszczyka sinego stoi pod znakiem zapytania.

Kosaciec syberyjski, roślina podmokłych łąk – jednego z najbardziej zagrożonych i niknących ekosystemów w Polsce, jak i w Europie - jeszcze w początkach bieżącego stulecia znany był z terenu naszego miasta z kilku stanowisk, położonych w Kolanowie i Chodenicach. Żadne z nich już nie istnieje. Ostatnie znajdowało się przy ul. mjra Bacy, blisko pomnika upamiętniającego śmierć tegoż oficera AK. Opisywałem je nie raz na łamach ,,Kroniki Bocheńskiej”. Jego los przypieczętowała nie zabudowa – główny wróg rzadkich bocheńskich roślin – a jakaś inna przyczyna (być może kłącza kosaćca zostały wykopane).

Tę piękną i rzadką roślinę uświadczyć można jeszcze na łąkach ciągnących się na przedpolu Puszczy Niepołomickiej - w Cikowicach i Damienicach, a może również na łąkach krzeczowskich. Jednak i tam zachodzą negatywne zmiany i niewykluczone, że tamtejsze stanowiska podzielą los tych z administracyjnych granic Bochni.

Kruszczyk błotny znany był z jednego stanowiska na Murowiance. Zniknął bezpowrotnie przez budowę osiedla bloków mieszkalnych, a wraz z nim cały czar tego uroczyska, mającego walory tak przyrodnicze, jak też krajobrazowe i historyczne. Również i o nim pisałem na łamach ,,Kroniki Bocheńskiej”, opatrzywszy zresztą artykuł zdjęciami wykonanymi przez Pana. Dziś mają one wartość jedynie historyczną – tam gdzie wówczas zaciszne torfowisko, dziś zalega beton.

Stanowisko kruszczyka sinego, jedyne znane mi z administracyjnych granic Bochni, znajduje się w grądowym zadrzewieniu porastającym stok opadający od osiedla ,,Zielone Wzgórze” ku dolince Potoku Chodenickiego. Od dołu, szczególnie jednak od góry – od strony ul. gen. M. Turkowskiego, nieubłaganie podchodzi ku niemu zabudowa, która zbliżyła się już na odległość kilkudziesięciu metrów. Jeżeli nowe bloki mieszkalne spełzną we dół stoku to kruszczyki czeka bezpowrotna zagłada.

Podałem powyżej przykłady roślin najrzadszych, ale podobnie jest i z innymi wartościowymi gatunkami. Podkolan biały i widłak goździsty – oglądane jeszcze przeze mnie w dzieciństwie, już nie porastają stoków między Osiedlem Niepodległości, a ogródkami działkowymi. Uzasadnione są obawy o los pobliskiego stanowiska goryczuszki orzęsionej.

Zubożenie bocheńskiej przyrody to jednak nie tylko unicestwienie stanowisk konkretnych rzadkich i cennych roślin, ale niszczenie całych połaci wartościowych przyrodniczo terenów.

Zapewne ma Pan w tym miejscu na myśli Murowiankę?
Nie tylko - istotnie uroczysko na Murowiance było miejscem wyjątkowym, przez co szczególnie boli jego dewastacja, ale niestety przykładów podobnych jest więcej: błonia kolanowskie, tereny na północ od Osiedla Niepodległości – tzw. Pola, wycinka starodrzewu Plant Salinarnych. Jakem wspomniał, przed kilkoma dniami przeczytałem na stronie ,,Czasu Bocheńskiego” o zagrożeniu jakie wisi nad Kurowem, wciąż mającym oblicze spokojnego, półwiejskiego przedmieścia z licznymi zadrzewieniami i terenami otwartymi, niezeszpeconego jeszcze do szczętu rozproszoną zabudową.

Najbardziej bulwersująca, a przy tym świeża, jest chyba sprawa tego co stało się z terenem zielonym dawnej Osady VI Oraczy, opisywana przeze mnie na niniejszym portalu. Ekspansywna, chaotyczna zabudowa wdarła się nawet w takie miejsce (na działkę historycznie związaną z obiektem z listy UNESCO!) okaleczając przy okazji pomniki męczeństwa synów Ziemi Bocheńskiej – dęby katyńskie.

Doprawdy smutne, iż sprawę musiałem nagłośnić ja, a nie któryś ze starszych, mądrzejszych, bardziej wpływowych szacownych obywateli królewsko-górniczej Bochni.

Istotnie, z Pana słów wyłania się obraz jednoznacznie niekorzystnych zmian jakie zachodzą w bocheńskiej przyrodzie. Zastanawiał się Pan nad przyczynami tego stanu rzeczy? Dlaczego władze i mieszkańcy ów stan rzeczy akceptują, nie przeciwdziałają mu?
Przyczyny są zasadniczo dwie: niewiedza i pieniądze. Prof. Zbigniew Jakubiec stwierdził kiedyś, w wywiadzie dla ,,Dziennika Polskiego”, że zdecydowana większość Polaków to zupełni analfabeci, jeżeli chodzi o sprawy przyrodnicze. Niestety ciężko się z nim nie zgodzić – świadomość przyrodnicza w Polsce stoi na znacznie niższym poziomie niż w Europie zachodniej. Wytłumaczenia tego stanu rzeczy nasuwają się dwa. Gdy rodziły się i rozwijały współczesne nauki przyrodnicze, gdy budziło się zainteresowanie przyrodą, narody Europy zachodniej cieszyły się posiadaniem własnych niepodległych państw. Polacy w tym czasie zajęci byli walką o niepodległość, a w czasie okupacji niemieckiej i sowieckiej – o fizyczne przetrwanie. Stąd większy nacisk kładziono na nauki ,,narodowe” – historię, etnografię, filologię polską, niźli na przyrodnicze. Po wtóre, wskazać należy prawidło, że człowiek zwykle docenia nie to czego ma pod dostatkiem, a to co rzadkie, zanikające, zagrożone. Rewolucja przemysłowa zaczęła się w Anglii – tam to najszybciej zniknęły pod budowę fabryk i osiedli robotniczych dziewicze lasy, podmokłe łąki, rozlewające się swobodnie rzeki. Gdy zachód Europy się intensywnie uprzemysławiał, Polska wciąż pozostawała krajem rolniczym, o krajobrazie w znacznie mniejszym stopniu przeobrażonym przez człowieka. Dotyczy to zwłaszcza ziem byłego zaboru rosyjskiego. Stąd nic dziwnego, że na ochronę przyrody bardziej wyczulony był mieszkaniec przemysłowego molocha – Londynu, niż Podlasianin. Ów XIX-wieczny stan rzeczy, siłą rozpędu, trwa do dziś. Wystarczy sobie porównać liczbę członków brytyjskiego Królewskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków z liczebnością polskich organizacji ornitologicznych.

W skali lokalnej nie jest inaczej, niż w ogólnopolskiej. Na łamach loklanych mediów ukazywały się liczne artykuły regionalistów-popularyzatorów dotyczące lokalnej historii. Analogicznych artykułów poświęconych bocheńskiej przyrodzie jest bez porównania mniej.

Tak więc, pierwszą z przyczyn niekorzystnych zmian w bocheńskiej przyrodzie jest niedostateczny stan wiedzy. Czy to włodarze miasta, czy to zwykli mieszkańcy, nie wiedzą nawet co w bocheńskiej przyrodzie jest cennego, co należałoby chronić.

Ale nawet gdyby w naszym mieście pojawiły się środowiska upominające się o ochronę bocheńskiej przyrody (jakie obecne są licznie choćby w Krakowie) to cóż one znaczą wobec, obracającego grubymi milionami, lobby deweloperskiego. Wystarczy przecież sypnąć groszem komu trzeba, a opinia konserwatora zabytków czy wynik ekspertyzy przyrodniczej, będą pomyślne dla inwestora.

Zresztą… Nie wiem jakie kary są przewidziane za zniszczenie stanowisk rzadkich roślin, nie jestem w tym obeznany. Wiem natomiast, że za zniszczenie stanowiska archeologicznego groziły grzywny takiej wysokości, że deweloperowi stawiającemu osiedle mieszkaniowe bez porównania bardziej opłacało się zniszczyć zabytki archeologiczne niż opłacić archeologiczne badania ratunkowe.

To co Pan mówi nie nastraja optymistycznie co do losów bocheńskiej przyrody w następnym – drugim już w XXI stuleciu – ćwierćwieczu. Może jednak widzi Pan przyszłość w zbyt czarnych barwach? Może stan świadomości przyrodniczej - powoli, bo powoli – zmierza jednak ku lepszemu?
Chciałbym się mylić w swych przewidywaniach. Jeżeli zarysowany powyżej stan rzeczy się szybko nie zmieni – a nic na to nie wskazuje – to bocheńską przyrodę czeka dalsza degradacja, zarówno w wymiarze zaniku stanowisk poszczególnych rzadkich roślin (już to przez zabudowę, już to przez sukcesję wtórną) , jak też jej walorów krajobrazowych. O tym drugim aspekcie – nieprzemyślanej, chaotycznej zabudowie – wspominał Pan zresztą w felietonie pod tytułem ,,Powiat staje się architektonicznym śmietnikiem”. Zakończył go Pan zdaniami:

,,Minie jeszcze kilka lat i okaże się, że tzw. walory turystyczne naszego regionu pozostaną tylko wspomnieniem wyrażonym przez zdjęcia z lat poprzednich, a turyści poszukają sobie innych piękniejszych miejsc do zwiedzania i odpoczynku. Jeśli nic się nie zmieni powiatowa agroturystyka ale także walory przyrodniczo-krajobrazowe powiatu będą tracić na swojej atrakcyjności z roku na rok”.

Zgadzam się z tym osądem w zupełności. Wystarczy spojrzeć na łapczycki Górny Gościniec, będący częścią Via Regia Antiqua, starożytnego szlaku, drogę o takich walorach historycznych, przyrodniczych, widokowych, który stopniowo staje się wewnętrzną ulicą osiedla domków jednorodzinnych, stawianych nawet w bezpośrednim sąsiedztwie kazimierzowskiego gotyckiego kościoła NMP. Dziedzictwo poprzednich pokoleń jak też przyszłość generacji następnych podporządkowywane jest doczesnym, partykularnym interesom.

Jakieś iskierki nadziei, owszem, widać. Sprawą bez precedensu była akcja zbierania podpisów w obronie starodrzewu Plant Salinarnych, który czekać miała tzw. rewitalizacja, czyli inaczej wycinka. Dewastacja uroczyska na Murowiance, dokonana kilka lat wcześniej, przeszła bez echa. W przypadku Plant Salinarnych mieliśmy już widoczny społeczny opór – niestety nieskuteczny.

Obawiam się, że pozytywne zmiany następują jednak zbyt wolno i gdy społeczeństwo Bochni uzyska już stosowny poziom uświadomienia przyrodniczego stanowiska rzadkich roślin i piękne krajobrazy będą już tylko wspomnieniem (Polak mądry po szkodzie). Powtórzę, com powiedział wyżej: chciałbym się mylić.

Jakie działania należy wobec tego podejmować by uchronić przed zniszczeniem te skarby bocheńskiej przyrody, które przetrwały pierwsze 25 lat XXI wieku?
Uważam, że obecnie zarówno włodarze Bochni jak i zwykli mieszkańcy – nawet gdyby istotnie mieli chęci przedsiębrania działań na rzecz ochrony lokalnej przyrody – w swej masie nie wiedzą nawet co i gdzie należałoby chronić. Jak Pan myśli, ilu mieszkańców potrafiłoby wskazać, gdzie znajduje się jedyne w Bochni stanowisko kruszczyka sinego – rośliny objętej ścisłą ochroną gatunkową, figurującej na ,,Czerwonej liście roślin i grzybów Polski”? Czy znalazłby się ktoś taki wśród pracowników ratusza, wśród włodarzy miasta, wśród nauczycieli biologii i przyrody w bocheńskich szkołach? Czy inaczej sprawa się ma z innymi rzadkimi gatunkami roślin i zwierząt? Powątpiewam.

Póki co, tym co nam pozostaje jest praca u podstaw – działania popularyzatorskie, nastawione na podnoszenie poziomu wiedzy o otaczającej nas przyrodzie, wyczulanie na czynniki jej zagrażające. W Bochni takim podstawowym czynnikiem nie są żadne ,,kopciuchy”, nie stare samochody, ani nawet nie dzikie wysypiska śmieci i nielegalne zrzuty ścieków. Jest nim niekontrolowana, chaotyczna zabudowa, stawiana bez uwzględniania stanowisk rzadkich chronionych roślin i walorów krajobrazowych okolicy. A za nią, poprzez kreślenie i akceptowanie planów zagospodarowania przestrzennego, odpowiedzialni są przecież włodarze miasta. Niestety – niezależnie od tego z jakiego są ugrupowania – nie dostrzegam u nich, ani wiedzy odnośnie skarbów bocheńskiej przyrody, ani woli politycznej by się o nie troszczyć.

Tak więc, zostaje praca u podstaw. Dopiero gdy zbierze się dostateczna grupa ludzi świadomych tego co w bocheńskiej przyrodzie jest cennego, co jej zagraża, jak należy ją chronić, możliwe będzie wywieranie nacisku na władze miasta. Dopóki ona się nie pojawi, dopóty nic się nie zmieni, a rzadkie rośliny i urokliwe miejsca dzielić będą los stanowisk kosaćca syberyjskiego, uroczyska na Murowiance czy terenu byłej Osady VI Oraczy.

Staram się w ów nurt pracy u podstaw wpisywać. W tym celu przyszedłem do Pana na tę rozmowę. Czy jest to donkichoteria czy też działanie godne uznania – to już pozostawiam do oceny Czytelnikom ,,Czasu Bocheńskiego”.

Dziękuję za rozmowę.

Czytaj także: Bochnia nie jest najstarszym miastem Małopolski