Kategoria: Felietony / opinie
Opublikowano: 2026-11-08 00:04:28 przez Czas2012

HALLOWEEN PO BOCHEŃSKU - czyje upiory straszą w Willi pod Orłem?

Zdążając na bocheński cmentarz w dniu Wszystkich Świętych głównym doń wejściem, od ulicy Orackiej, podziwiać można było niecodzienną ,,instalację artystyczną”. Mieściła się ona przed zdobioną kolumnadą frontową ścianą kamienicy noszącej adres Oracka 7, szerzej znanej jako ,,Willa pod Orłem”.

Rzeczona instalacja szczególnie efektownie przedstawiała się po zmroku, gdy upstrzony czaszkami i podświetlony na czerwono upiór wyglądał istotnie groźnie i sugestywnie. Wielka, pusta, skąpana w mroku, kamienica o odwarstwiającym się tynku, nadawała kompozycji niepowtarzalne tło. Atoli nie tylko walory wizualne obskurnego budynku nadawały wyobrażeniu upiora właściwy klimat.

,,Willa pod orłem” znana jest każdemu mieszkańcowi Bochni choćby pobieżnie obeznanemu z dziejami naszego miasta. W czasach okupacji niemieckiej była ona siedzibą hitlerowskiej Kriminalpolizei, a w czarnej dobie stalinizmu objął ją w posiadanie Urząd Bezpieczeństwa. Nie wiem czy prawdziwe są informacje o tym, że na tyłach budynku zakopane są szczątki pomordowanych – wymagałoby to weryfikacji poprzez badania archeologiczne. Bezsporne pozostaje to, że w tejże różowej kamienicy maltretowano, zapewne nie raz ze skutkiem śmiertelnym, setki najlepszych Polaków.

Czytelników nieobeznanych z mroczną przeszłością ,,Willi pod Orłem” pragnę odesłać do artykułu pani Iwony Budziak zamieszczonego na stronie ,,idziemy.pl” - czytaj TUTAJ, pozwalając sobie przytoczyć jego dwa fragmenty.

W 1945 r. Willę pod Orłem po służbach nazistowskich przejęły komunistyczne. – Mój wujek, były partyzant, był tam przesłuchiwany – mówi M.N., zastrzegając sobie anonimowość. – Historię znam z opowiadań jego siostry, a mojej cioci, która miała wtedy osiem lat. Po wyjściu stamtąd był tak zniszczony psychiczne, że powtarzał: „Wolę się zabić, niż raz jeszcze przez to przechodzić”. Dziadzio, ich ojciec, poprosił ciocię, by pilnowała go w nocy. Niestety, zasnęła, a gdy się obudziła, wujek już nie żył. Powiesił się.

Wyrywek drugi jest relacją jednej z ostatnich żyjących więźniarek ,,Willi pod Orłem” - śp. Cecylii Dźwigaj-Wanickiej, zmarłej 1 stycznia 2023, którą miałem ogromny zaszczyt poznać osobiście.

Był luty 1950 r. Cecylia Dźwigaj po pięciu dniach pobytu w zamknięciu, bez jedzenia i picia postanowiła popełnić samobójstwo. – Trzymali mnie w narożnym pomieszczeniu willi. W zakratowanym oknie nie było szyby, na betonowej podłodze leżał kawałek deski, stałam na nim, żeby nie odmrozić sobie nóg – opowiada. – Byłam w piątym miesiącu ciąży, głodna, spragniona, zziębnięta, nikt do mnie nie zaglądał. Bałam się o dziecko”. Z okiennej ramy wydłubała resztkę szkła, podwinęła rękaw. Odkąd skończyła się wojna, ubecy nękali ją nieustannie. „Wyście na bandytów dzieci wychowali” – oskarżali jej rodziców, którzy w czasie okupacji także należeli do AK. W ich domu w Ujeździe niedaleko Bochni odbywały się szkolenia wojskowe i sanitarne. Brat Aleksander Wilowski walczył w oddziale Jastrzębskiego, gdy w okolice dotarło NKWD, przedostał się na Zachód, dołączył do armii Andersa i z nią dotarł do Londynu. Cecylia była łączniczką. Kolportowała prasę podziemną, doprowadzała „spalonych” do miejsc kontaktowych, przewoziła broń i amunicję, roznosiła meldunki i lewe kenkarty. Po wojnie wiele razy aresztowano ją a to na ulicy, a to w pracy, ubecy przyjeżdżali do rodzinnego domu, robili rewizję, „wpadli” nawet na jej wesele. Przyjęła nazwisko męża i razem wyjechali do Wałbrzycha. Tam ubecy zabrali ją wprost z pracy. Zanim trafiła do Bochni na Oracką, więziono ją i przesłuchiwano w Wałbrzychu, Wrocławiu i Krakowie. W chwili, gdy kawałkiem szkła chciała otworzyć sobie żyły, zobaczyła starszego mężczyznę, który wyszedł z pobliskiego domu i kierował się w jej stronę. – W lewej ręce trzymał różaniec, tak ręka mu latała – pokazuje – widziałam tylko krzyżyk z Panem Jezusem. Jej mama przez całą okupację codziennie odmawiała Różaniec, w domu wielką czcią otaczali Matkę Bożą, Cecylia poczuła przypływ siły. „Proszę pana" – wołała – "proszę przynieść mi kromeczkę chleba”. Mężczyzna zatrzymał się, zawrócił, a za oknem wkrótce pojawił się milicjant. „Co pani tu robi?” – zapytał. „O głodzie życie sobie odbieram” – odpowiedziała, pokazując szkło. Zabrał ją, podał herbatę i przewiózł na ulicę Krakowską, dokąd przeniesiono „katownię”. Tam wezwano lekarza, a on pomógł Cecylii w uwolnieniu.

Sądzę, że dwa wyżej zacytowane wyrywki nie pozostawiają wątpliwości co do tego, że w runie kamienicy przy ul. Orackiej istotnie może straszyć.

Natomiast niepewnym jest dla mnie czy pomysłodawca rzeczonej ,,instalacji artystycznej” nie zdawał sobie sprawy z miejsca jakie wybrał na jej tło czy też dla celebrującej ,,Halloween” gawiedzi tiktokowo-netlixowej nie istnieją żadne granice etyczne, żadne świętości i za udany pomysł uznawałaby ona analogiczne ozdobienie budynku Pawiaka, katowni na Montelupich czy bramy głównej KL Auschwitz-Birkenau.

Dominik Zwierniak